|
DWUKOŁOWY PRZYJACIEL (1)
Na wtorkowy (29.III.) ranek czekałem już od dawna. I to z wielkim utęsknieniem. Zawsze tak mam, gdy tylko nadarza się okazja wyrwać poza miasto, gdy nadchodzi czas kolejnej eskapady.
Tym razem w planie były rowery. No i przede wszystkim grupa osób - towarzyszy od których przez kilka tych godzin nie będzie się można odwrócić... Z takimi założeniami w głowie zacząłem planować trasę. Już na początku przyszło mi na myśl Puszczykowo. Dlaczego? Ponieważ jeden ze szlaków prowadzi
tuż nad Wartą. Bo w Puszczykowie jest bardzo dobra lodziarnia (nie robi mi różnicy, czy jest lato, zima, czy inna pora roku, lody wbrew pozorom nie szkodzą gardłu, a przy zapaleniu wręcz pomagają...). Po wtóre, bo dookoła rozciągają się malownicze lasy Wielkopolskiego Parku Narodowego, a wracając można
wytyczyć szlak podróży po tzw. "Greisrówce", trasie prowadzącej do dawnej siedziby gubernatora Wartheland (Kraju Warty - zwanego również Warthegau) - Arthura Greisera.
Krótkie spojrzenie na mapę, jest i pożądana droga wzdłuż linii kolejowej do Stęszewa - krótki odcinek polem; no i trasa wytyczyła się sama...
A jak wyglądało to w praktyce? Spotkaliśmy się o godz. 10:00 przed kościołem. Karolina. Marysia, Krzysztof, Paweł i niżej podpisany). Skromnie - 5 osób, miało być więcej, kto zrezygnował - niech żałuje... Nie czekając zbyt długo ruszyliśmy i ... wyjazd z Poznania zajął nam półtorej godziny!
Powtarzając sobie, iż następnym razem będzie lepiej, wjechaliśmy na szlak. I tu czekała nas pierwsza pomyłka - na szczęście tylko 2 km nadłożonej drogi... cóż, każdemu zdarzają się błędy (mi też, za co przepraszam wszystkich uczestników - autor). W dalszej części szlaku nadwarciańskiego czekało jeszcze
kilka niespodzianek, m.in. kałuże na podmokłym terenie i błoto uniemożliwiające przejazd przez niektóre odcinki. Na szczęście w takich warunkach człowiek odkrywa, do czego jest zdolny i po jakimś czasie mknęliśmy już przez płaski i suchy las. Tam krótki odpoczynek, śniadanko (o śniadaniu w lesie marzyłem
od długiego czasu) i dalej na szlak. Dojechaliśmy do Puszczykówka, gdzie zrobiliśmy kolejny postój. Chwilę późnie...j ruszyliśmy znowu i zatrzymaliśmy się dopiero przy puszczykowskiej lodziarni. Po deserze (moje Drogie Panny - być w puszczykowskiej lodziarni i jeść lody z automatu - wstyd i profanacja!)
wsiedliśmy na rowery i przejeżdżając przez całe miasteczko ruszyliśmy w kierunku jez. Góreckiego. Kolejny postój a następnie wspomnianą już "Greiserówką", a następnie polną drogą aż do Wir i dalej, poprzez Luboń do poznańskiego Dębca. Stamtąd już drogą rowerową przez miasto, aż pod Arenę, gdzie nasze drogi się rozeszły...
W Poznaniu byliśmy około godziny dziewiętnastej. Dość długo, lecz dojechaliśmy szczęśliwie. Jak na pierwszy w roku wypad, trasa była może zbyt długa (przepraszam Karolino i Marysiu) - przejechaliśmy 60 km. Jednak wychodząc z założenia, że im mocniejsze otwarcie, tym lepiej na przyszłość, mam nadzieję, że nikt z
uczestników nie żałuje... Na pewno to nie nasza ostatnia eskapada, a ja z niecierpliwością czekam już na następne...
Marcin
Zapraszam do obejrzenia zdjęć z wyprawy. Są dostępne w galerii.
P.S. Dziękuję Pawle za zrobienie zdjęć.
P.P.S. Dzięki Karola, że wytrzymałaś - wierzyłem w Ciebie!
|